piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział II: "My umrzemy!"

~Ally~
Od razu ostrzegam, że ten dzień nie był i chyba nigdy nie mógłby być normalny...
Pożegnanie z Trish, jazda taksówką przez most, potem to okropne lotnisko i SAMOLOT, a na koniec ten dom...
Co ja innym takiego zrobiłam, że wszystko mi niszczy życie?!

~Narrator~
Przez szybę samochodu Ally ostatni raz spojrzała na swój już dawny dom. Z jej oczu popłynęło kilka łez. Nie chciała płakać. Wolała pokazać, że w tej sytuacji umie być silna, jednak smutek wziął górę. Siedziała przy niej osoba, która umiała czytać w jej myślach.
- Allisia, spokojnie. Będzie dobrze. - Uśmiechnęła się Penny szepcząc do ucha dziewczyny.
- A skąd wiesz? - Spytała ocierając łzy.
- Bo wiem, że jesteś fantastyczną dziewczyną. I na pewno szybko się zaklimatujesz.
- Kto wie? - Ally nie dawała za wygraną. - A co jeśli nikt mnie nie polubi?
- Zmyślasz. - Powiedziała kobieta patrząc za okno. - Widzisz te kropelki wody? - Mówiła wskazując na okno. Pani Dawson była dziecięcym psychologiem. Dziwne, że nie potrafiła poradzić sobie jedynie z własną córką. Podobno, Ally ma charakter po jej ojcu i przez to nie umie dojść do ładu z matką. - Są same. Czasem się łączą, a czasem rozdzielają. Jednak zawsze mogą się znowu połączyć. Żadna nigdy nie zostaje sama. Ty jesteś taką kropelką i nie pozwolę, żebyś została na lodzie...

Dwie panie zajechały na lotnisko. Był to duży budynek, jednak z zewnątrz wyglądał jak galeria handlowa.
- Gdzie my jesteśmy? - Spytała Ally wysiadając z samolotu.
- Na lotnisku. - Jej matka odpowiedziała jak gdyby nigdy nic.
- Na lotnis... Co?! - Dziewczyna nie wierzyła własnym uszom. - Ty chyba chcesz mnie zabić... - Mruknęła i niechętnie weszła do budynku.
Odprawa przeszła dobrze. Bez zbędnych zdarzeń. Na (nie)szczęście Ally nadrobiła to w samolocie.
Brunetka siedziała z kolanami pod brodą, przytulona do trzech pluszowych misi.
- Nigdy w życiu nie miałam kotka, ani pieska! - Krzyczała na całe gardło.
- Allyson! - Karciła ją Penny. - Zachowuj się.
- Czy ty tego nie rozumiesz? My tu umrzemy! - Jej serce co sekundę przyśpieszało. - Samolot zleci na dół, uderzy w jakiś słup i nas zabije! - Jej krzyki nie ustępowały. - Nie chcę umierać! - Nagle zaczęły występować drobne turbulencje, wywołało to panikę u dziewczyny. - Boże! My umrzemy!
Tak właśnie wyglądała cała podróż z Allys. Po godzinie pasażerowie już przyzwyczaili się do jej wrzasków. O dziwo szczęśliwie wylądowali w Stanach i do domu zawiozła je taksówka. Dobrze, że dziewczyna nie boi się asfaltu... (od aut. - Nw czemu, ale to brzmi dziwnie... xD)
- A gdzie jest mój dom? - Spytała Ally, gdy dojechały na miejsce. Odwróciły się i dziewczyna zobaczyła ich dom. - Dobra, gdzie tu jest ukryta kamera?
 Niski domek bardziej przypominał chatkę pustelnika, niż rodzinną willę, o której Allyson zawsze marzyła. Jej emocje trochę opadły, gdy weszły do środka.
- Niech no ci będzie... - Powiedziała oglądając. - Może być.
W tym momencie rozległ się dzwonek telefonu. Należał on do Penny. Starsza Dawson zniknęła chwilę za drzwiami coś mówiąc po chińsku. Ally nie mogła pojąć jednego - "Czemu w Stanach ona mówi po chińsku?!". Ale w końcu uznała, że do nigdy tego nie dojdzie i cierpliwie czekała na swoją matkę.
- Allisia, - Zaczęła wychodząc zza drzwi. - Muszę jechać. Tu masz klucze, numer domu, mój telefon służbowy i plan miasta. - Powiedziała czterdziestolatka podsuwając dziewczynie "niezbędnik" pod nos. - Jednak lepiej, gdybyś nigdzie teraz nie wychodziła i się wypakowała. - Kobieta pocałowała córkę i rzuciła krótkie "pa" wychodząc.
Allys została sama w domu. Spojrzała za okno. Wyglądało na to, że może już na dobre pożegnać się z londyńską parasolką. W Miami codziennie świeci słońce. Następne na co spojrzała to starta walizek, które miała za zadanie rozpakować.
- Witaj w domu Ally. - Powiedziała siadając na jednej z toreb. Wyglądało na to, że właśnie zaczyna nowy rozdział w życiu. Szkoda, że rozpoczyna go wypakowaniem sterty skarpetek...
~*~
Jesst! Działa blogger. Przez ostatnie 2 godziny był tzw. Error. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić...
Skończyłam! (brawa, brawa, brawa...)
I przebiegłam mój maraton! (Nie)skromnie się pochwalę, że za napisany przeze mnie scenariusz grupa dostała sześć. (Kto tu rządzi, kto tu rządzi? Ja tu rządzę!!!)
Dzięki temu dostajecie rozdział już dziś. Nie jest za krótki?
Dziękuję za ostatnie komentarze. Miło czytać, że wam się podoba. (Dzięki temu jest szybciej pisany rozdział)

A teraz uwaga, uwaga...
Są ferie, ferie, ferie, ferie, !

 A teraz sprawy organizacyjne:
Mam ferie, więc rozdział (lub rozdziały) będzie. Jednak jeszcze nie wiem kiedy. Kto jest nołlajfem i się jemu nudzi prosz... Zaglądajcie codziennie :)
Ja jeszcze mam Zemstę do przeczytania, na kartkówkę się nauczyć i tonę pracy domowej odrobić. Jakby ktoś się pytał to tak wyglądają ferie gimbusiary Hariettki ;3
Czy wy też tak macie, że jak w dopiskach zaczniecie coś pisać to skończyć nie możecie? -.-'

Pozdrawiam!
Hariettka <3

Ps. Co by tu wam wstawić... Hem, hem, hem.
Może być? ^.^

Kto wie... może kiedyś coś sama dla was zaśpiewam? (Ale to już tylko wtedy, gdy będziecie na serio niegrzeczni. No co? Jakaś kara musi być ;P)

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział pierwszy: "Yesterdays gone..."

~Ally~
Od zawsze byłyśmy tylko my. Ja, Trish. Dwie dziewczyny, które zawsze były razem. Złośliwi nazywają to "syndromem papużki nierozłączki". Jednak ja mam na to inną nazwę - przyjaźń.

Byłyśmy obok siebie w przedszkolu, gdy odgrywałyśmy sceny z bajek.
W podstawówce, gdy kręciłyśmy jakieś dziwne filmy opierające swoją fabułą na jednym z seriali.
W najgorszych chwilach i najwspanialszych.
Nasza przyjaźń była nierozłczna i zawsze bez zmian.
Wspaniale, co nie? Jednak jednaj rzeczy nigdy byśmy nie przewidziały.

~Narrator~
- Wyjeżdżamy do Stanów. - Te słowa zrujnowały dzień dziewczyny. - W środę mamy samolot.
- Że co? Dlaczego? - Nie chciała wierzyć własnym uszom.
- Sprawy służbowe. - Kobieta rzuciła szybko. - Córciu, dostałam tam pracę.
- To nie powód, żeby wszystko rzucać i jechać gdzieś daleko! - Krzyknęła.
- Ally, słonko. Taka szansa może się już więcej nie powtórzyć. - Matka nie dawała za wygraną.
- Tak samo, jak moje życie. - Jej oczy zeszkliły się. - Nie rozumiesz, że jest to ważne?
- Niby co? Jesteś taką egoistką, że nie wyjedziesz, bo nagle masz takie "widzi mi się"?!
- Zgadza się. Ale na pewno nie taką jak ty, że mnie ciągniesz gdzieś jak jakąś walizkę. - Allys czuła, że za chwilę wybuchnie płaczem. Chciała to jednak powstrzymać, a przynajmniej do momentu, w którym zamknie się w swoim pokoju. - Nigdzie nie jadę! - Krzyknęła i wybiegła z pomieszczenia zostawiają w nim samą kobietę.
Pobiegła na swoje łóżko i kopnęła je nogą. Nie był to dobry pomysł. Noga szybko napuchła, tak jak jej wykończone przez resztę dnia płaczu powieki. Nie wychodziła przez dwa dni z pokoju. Jej dzień wyglądał następująco: budziła się, szła pod prysznic, malowała się i z powrotem płakała. Jedynie co jakiś czas wychodziła do kuchni po wodę. Było jej źle, ale bez przesady. Umrzeć nie chciała... Gdy mijała już trzydziesta siódma godzina użalania się nad sobą zabrzęczał jej telefon. Okazało się, że dostała SMS'a.

Od: Trish
Ally, co się dzieje? Nie odzywasz się już dwa dni...

Faktycznie. W tym całym zamieszaniu zapomniała o osobie, przez którą wylała najwięcej łez. Szybko chwyciła telefon.

Do: Trish
Przyjdź dzisiaj to pogadamy.

Zdążyła tylko tyle wystukać, ponieważ do drzwi zapukała jej mama.
- Allisia. - Szepnęła pukając. Z twarzy brunetki zniknął ledwo widoczny uśmiech. Na jego miejscu pojawiły się nowe łzy. - Mogę wejść?
Nie. Nie możesz. - Krzyknęła znów chowając głowę w poduszki.
- Kochanie. - Kobieta weszła i przytuliła dziewczynę. - To wszystko robię tylko dla ciebie.
- Wszystko dla mnie? - Zapytała nie dowierzając. - Dla mnie odbierasz mi moje życie, znajomych, przyjaciół?
- Z poprzedniej pracy zostałam zwolniona. Nie mamy pieniędzy. - Westchnęła. - Jedyna szansa to Ameryka.
- A ja bym nie mogła u kogoś zostać? - Brunetka próbowała wszystkich możliwych sposobów.
- Nie mamy tu żadnych znajomych, a nawet i rodziny. - Chciałabym żebyś tu została, ale nie możesz. Będziesz się widywać z Trish. Jak nie Skype, to przyjedziemy tu na wakacje. Nie rozstajecie się na zawsze.
- A z kąd mam taką pewność? - Jej głos znów stał się znów nieprzyjemny. - Jeszcze upłynie dużo czasu. Nie chcę stacić przyjaciół.
- Słońce, jestem pewna, że jeśli przyjaźniłyście się tyle czasu, to rok wytrzymacie. - Uspokajała ją kobieta. - A nawet jeśli będzie źle, to będziesz miała pewność, że nie była ciebie warta. - Nastolatka natychmiast ją spiorunowała wzrokiem. Szybko chciała odkręcić sytuację zanim dojdzie do kolejnej kłótni. - Ale ja jestem pewna, że tak nie będzie. - Szepnęła wychodząc.

W samotności dziewczyna miała czas na refleksje. Uwielbiała podsumowywać niektóre rzeczy, jednak w tej sytuacji chciała zagłuszyć ten dziwny głos. Było to silniejsze od niej. Cztery ściany, które dla innych mogłyby nic nie znaczyć. Dla Ally było to całe jej życie. Tyle wspomnień było dookoła niej. Jej pierwsze zabawki stały w kącie. Dziewczyna podeszła do nich i mocno przytuliła pluszowego misia z wyblakłym futrem. Niektórzy mogą teraz sobie pomyśleć: "Po co siedemnastolatce jakieś zabawki w pokoju? Przecież to obciach...". Jednak dla niej było to coś niezwykłego. Dostała go od taty dzień przed jego lotem do Waszynktonu. Obok wisiało jego zdjęcie. Spojrzała na nie, lecz pomimo wielkiego smutku postanowiła nie płakać. Już za dużo łez wylała. Tak bardzo za nim tęskniła. Pamiętała ten straszliwy dzień, jakby był on tydzień temu.

Ally szła razem z rodzicami przez lotnisko. Była to droga do luku bagażowego. Dla nich nie było to nic nadzwyczajnego. Już wiele razy odprowadzały Lestera do kasy biletowej. 
- Tatusiu, kiedy wrócisz? - Zapytała dziewczynka trzymająca misia.
- Już nie długo. Pamiętaj, że bardzo cię kocham. - Uśmiechnął się mężczyzna i przytulił dziecko.
Po wzruszającej scenie pożegnania samolot wyleciał, a kobieta wraz z małą brunetką wróciła do domu. Wszystko zakończyłoby się dobrze gdyby nie jeden mały telewizyjny komunikat:
"Samolot lecący z Londynu do Waszynktonu niespodziewanie rozbił się. Załoga wraz z pasażerami nie żyją. Ile to łez było wylanych przez dziewczynkę!
-Spokojnie Ally. Będzie dobrze. - Pocieszała dziewczynkę kobieta. - Będzie dobrze tak słońce? - Zamiast uśmiechu pojawiły się nowe łzy. 
-Oh Ally, Ally, Ally, Ally...

-Ally! Przyszła Trish. - Zza drzwi słychać było donośny głos matki. Nagle brunetka wróciła do rzeczywistości. Przez drzwi weszła czarnowłosa dziewczyna.
- Hej Ally. - Hiszpanka już raczej wiedziała, że coś się stało. Dawson nie robiła się smutna z byle powodu.
- Cześć. - Na twarzy All pojawił się delikatny uśmiech.
- Dobra, co się stało?
- Ja... - W tym momencie dziewczyna zawiesiła głos. - Ja wyjeżdżam do Ameryki. Nie wiem kiedy znowu tu przyjadę.
- Wyjeżdżasz? - Tego czarnowłosa się niezbyt spodziewała. - Kiedy?
- W środę. - Obydwie dziewczyny spojrzały na wiszący na sianie kalendarz.
- Mamy jeden dzień. - Dodała przyjaciółka.
- I dwie godziny...

Resztę dnia Patricia spędziła w domu brunetki. Śmiały się, bawiły jakby był to ich ostatni dzień razem. Bo był. Następnego dnia po smutnym i pełnym łez pożegnaniu panie Dawson odjechały na jedno z londyńskich lotnisk zostawiając de la Rose samą przed wielkim, pustym domem. Czarnowłosa otworzyła poszarpany list, który przyjaciółka dała jej przed odjazdem. Postanowiła zajrzeć do środka jego koperty. Przeczytała jego zawartość i zalała się łzami. Schowała kartkę do torby i wróciła do domu.

- I jak tam Ally? - Od progu spotkała się z pytaniami.
- Pojechała. - Powiedziała i szybko zamknęła się w swoim pokoju. Usiadła na fotelu i jeszcze raz przeczytała napis.
"Yesterdays gone we gotta keep moving on
I’m so thankful for the moments so glad I got to know you
The times that we had I’ll keep like a photograph
And hold you in my heart forever
I’ll always remember you

 Nigdy jakoś nie lubiłam tej piosenki. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że nią będę kogoś zegnać...
Do zobaczenia kiedyś.
Ally."
~*~
I jak? Wiem, że smutne...
Nie wiedziałam jak to opisać. Nigdy nie musiałam się z nikim żegnać, a nawet nie miałam z kim...
Dziękuję za wasze ostatnie komentarze. Było to dla mnie miłe zaskoczenie. Kiedyś zakładałam blogi. Jednak szybko z nich rezygnowałam, bo myślałam, że nikogo to nie obchodzi. ;/
Teraz tak szybko się mnie nie pozbędziecie. ;P
Rozdział będzie aż w następnym tygodniu, jak skończy się "kochany" szkolny maraton klasówek i sprawdzianów. Oto plan na moje następne pięć dni:
Poniedziałek - piszę artykuły
Wtorek - sprawdzian z geografii (kto wymyślił ten przedmiot?!) i próba do przedstawienia
Środa -  "Sąd nad Scrooge'em", czyli przedstawienie
Czwartek - Kończę gazetkę i ją oddaję do pani. Dyskoteka (to akurat mi się podoba ;3)
Piątek - pokaz magii w szkole (zostajemy po lekcjach, ale warto, bo będą rozcinać nauczycieli ^.^) i oaza
Sobota - NARESZCIE WOLNE i piszę rozdział :)
Niedziela - Będzie rozdział
Życzcie mi szczęścia!
Poeksperymentowałam trochę z wyglądem bloga. Chyba nie jest tak źle? :)
Harietcia <3 
Ps. A tu pioseneczka, której słowa Ally zapisała w liście do Trish. Hania Montania, ale co tam! ;*

czwartek, 16 stycznia 2014

Wstęp

Nawet gdy Ci się wydaje, że wszystko się wali.
Nawet, gdy Ci się wydaje, że jest źle.
Jest jedna taka rzecz, która zawsze podtrzymuje Cię na duchu.
Inni przychodzą, drudzy odchodzą, a ona zawsze jest.
O czym tu mowa?
O rzeczy najistotniejszej dla każdego człowieka. O przyjaźni....

~*~

Witam i od razu mówię, że to będzie dłuższe niż wstęp :)
Jestem Karolina, lecz wolę, gdy "internetowi nieznajomi" zwracają się do mnie Harietta lub HariettaAnne. Mam 13 lat i tak dalej.... To pewnie was mało interesuje.

Blog będzie o chyba dość popularnej parze Auslly. Mam mnóstwo nazw, lecz szybko się z nich rozmyślam. Pojęcie Auslly bardziej kojarzy mi się z przyjaciółmi, więc trochę poczekacie na szczęśliwe "Love Story".
Coś jeszcze? Chyba nie. Niedługo dodam jedyneczkę. Nie umiem pisać prologów, więc uznałam, że zrobię coś w rodzaju wstępu.

Zapraszam do zaobserwowania.
Pozdrawiam!
Hariettcia <3